Odwiedziny u narzeczonej

cze 3, 2012

Początki, plany itd.

Od jakiegoś czasu planowałem wyjazd do Częstochowy. Tam studiowałem jeszcze kilka miesięcy temu. Tam studiuje moja narzeczona. Przed wyjazdem trzeba było dokonać kilku zmian i zrobić przegląd. Nowy akumulator i cewka z Virago 1100 sprawują się świetnie od jakiegoś czasu. Kierunkowskazy przed zimą urwane już są na swoim miejscu trzymane przez nowe śruby wytoczone przez tatę Moniki, mojej narzeczonej. Trzeba jeszcze zmienić olej, filtr, przednią oponę i przeglądnąć wszystkie śrubki czy czasem któraś nie planuje pójść w ślady syna marnotrawnego zostawiając ojczysty motocykl na pastwę ciągłych drgań powtarzanych trzy do trzech i pół tysiąca razy na minutę. Trzeba to wszystko zrobić i w piątek rano wyjechać.

Czwartek. Nic nie ruszone. Zaczynam od oleju i filtra. Idzie bez większych problemów, poza tym, że 20W50 jest jakoś niedostępny. No, ale udało się dostać podawany przez serwisówkę 20W40. Olej zmieniony, śrubki sprawdzone jeszcze opona. SR dostała na chwilę inne koło, żeby się nie chwiała. Po kilkunastu minutach kolega przywiózł mi właściwą felgę z właściwą oponą. Założyłem i dawaj na jazdę próbną. Coś trze. Zatrzymuję się i widzę, że nie powinienem ściskać lag przy montażu. Garaż, poprawka i jeszcze raz. Niby ok. Już nic nie trze, i jakby przód nie skakał. Wracam i idę do domu. Trzeba przygotować bagaż i się przespać.

W drogę!

Rano mam godzinne opóźnienie. Tomek przed wyjazdem uraczył mnie instrukcjami jak jechać za Buskiem, żeby ominąć Chmielnik. Wyjazd o dziewiątej. Nie spieszy mi się. Nie wiem jak szybko przemieszcza się św. Krzysztof. W sześć godzin powinienem dojechać. Po paru kilometrach kiedy asfalt się wyprostował i można było jechać więcej niż czterdzieści poczułem, że przód mi skacze. Opona jest krzywo założona. Dojście do tego zajęło mi sporo czasu i kilometrów. Będzie jakaś większa miejscowość to i wulkanizator będzie. W międzyczasie szukam drogi na Sutków – jak zobaczyłem tą miejscowość na mapie nie mogłem sobie odmówić. Do kompletu został mi jeszcze Cyców, ale to przy innej okazji. W Radgoszczy spotykam bardzo pozytywne małżeństwo. Podali mi trzy możliwości dojechania do mojego pośredniego celu. Czas miło biegnie, rozmowa miło się toczy. Pytali skąd jadę.
– Z Dębicy.
– O, to daleko.
Jak powiedziałem, że jadę do Częstochowy to obojgu kopary opadły. Przyjemnie jest zrobić na kimś wrażenie. Nie powiem, że nie.

Wybrałem trasę, o której mili nieznajomi mówili, że najładniejsza. Mieli rację, że droga piękna. Muszę częściej się wybierać w te okolice.

Zdjęcie być musiało!Zdjęcie być musiało!

Sutków – obowiązkowe zdjęcie. Zauważyłem, że jakby mi prądy pouciekały. Rzeczywiście, szlag trafił kierunkowskazy. Minimalnie brakuje mi ładowania. Dwa tygodnie jeżdżenia i nie było problemu. Dopiero jak wybrałem się w prawdziwą podróż to się akumulator musiał rozładować. No, ale „przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda” i jadę dalej.

Słupia, Stopnica i Busko – Zdrój. Trafił się wulkanizator. Po dziewięćdziesięciu kilometrach. Znalazłem zakład przy ul. Wojska Polskiego na północ od ronda na siedemdziesiątce trójce. Gdyby Tobie, drogi Czytelniku, potrzebna była pomoc wulkanizatora to omijaj ten zakład szerokim łukiem. Dlaczego? Już piszę.

„Specjaliści” od opon

„Trza spuścić powietrze i nabić. I tak, aż się uda. Lepiej sobie sam to w domu zrobisz”. No spoko, tylko jakoś nie pasuje mi opcja rezygnacji z wypadu. Grubasek jeszcze chciał mnie zbyć ceną – 50 zł za godzinę. Jest ich wokół mojego koła ze czterech. Znają się to sobie poradzą. Nie przeszkadzam i oglądam jakiegoś „ruchola” z wyciągniętą półośką. Dwadzieścia minut minęło. No ile można bawić się z oponą mając sprzęt? Jak zobaczyłem co oni robią to jeszcze nie wiedziałem, że to nie ma sensu. Goście na zmianę spuszczali powietrze i pompowali. Szkoda, że nie układali opony. W końcu wymyślili, że można oponę młotkiem potraktować. Częściowo wypchali gumę z felgi. Jak zapytałem to okazało się, że nawet nie sprawdzili jak wygląda dętka. Zapłaciłem trzy dychy i pojechałem. Mogli przecież połamać druty w oponie. Nadmienię, że koło już sam zakładałem, bo ich płaskie klucze to nie to co dobre oczkowe. Podwórko się kończy i dojeżdżam do głównej. Kurwa! Gdzie hamulec! Pewnie trochę smaru znalazło się na tarczy. Koło ronda jest benzyniarnia. Niedaleko, więc już nie wracam do tych „speców”, bo jakoś mnie już nie cieszy widok tego zakładu. Paliwodajnia zamknięta z powodu problemów z komputerami – lepiej dla mnie. Spokojnie zdjąłem zacisk przy zerowym ruchu. Benzyną z baku wyczyściłem tarczę i klocki. Przez to potem wyszło mi spalanie równo pięć litrów. Hebla dalej nie ma, ale nie ma siły – będzie lepiej. Po paruset metrach i kilku hamowaniach benzyna odparowała i można już spokojnie jechać. W Busku trochę pobłądziłem, ale za to znalazłem jeziorko okrążone przez domy i kapliczkę na środku skrzyżowania. Ciekawy widok, bo wrażenie jest takie jakby kapliczka stała idealnie na środku drogi, a skrzyżowanie było za nią.

Pola, pola, pola...

Za Buskiem znów powróciły piękne, swojskie klimaty. Ciekawą odskocznią od zieleni był Pińczów. W dzisiejszych czasach motocykl to nic nadzwyczajnego, a w tej małej mieścinie oczy wszystkich piechurów utkwione były w przejeżdżającym przez rynek czarnym, terkoczącym jednośladzie. To chyba sprawka tych wypolerowanych w środę chromów. Lakieru na pewno nie, bo jakoś mi się nie chciało, a o brudnym silniku nie ma co wspominać. Po chwili znów wraca ponoć najzdrowszy dla oczu kolor i tak aż do Jędrzejowa.

Objazdy

Za Jędrzejowem cały czas trasą 78. BP na trasie, tankowanie: 160 kilometrów, 8 litrów. Czyli spalanie 5 l itrów na stówkę. Czyli w Busku tego paliwka trochę jednak ulałem. Szczekociny, a tam objazd. No to dalej siedemdziesiątka ósemka. Trzeba było jechać na Żarki, Złoty Potok, Olsztyn i cel bym osiągną, ale gdzieś w Pradłach przeoczyłem znak i pojechałem prosto. Nadrobiłem kilkanaście kilometrów zanim zobaczyłem mały sklep.

Swój swojego znajdzie

Chciałem zapytać tam o drogę, ale przed wejściem do sklepu powstrzymało mnie spotkanie wychodzącego ze sklepu człowieka. Zapytałem jak jechać na Częstochowę. Zaczął się zastanawiać, potem przeskoczyliśmy na temat SR-ki. Okazało się, że facet jest mechanikiem i widząc taką starą Yamahę przypomniały mu się czasy kiedy takie naprawiał. Świetnie się rozmawiało, czas mijał i nie spieszyło się nam. Stwierdził, że poprowadzi mnie bocznymi drogami. Zatrzymaliśmy się przed pewnym skrzyżowaniem. Z daleka widać było drogowskaz na Częstochowę. Zatrzymaiśmy się. Podszedł, pożegnaliśmy się. Ja pojechałem w prawo, a amerykancki Caravan w lewo. Kilkaset metrów i krajowa jedynka.

Koniec podróży

Droga prosta, wszyscy mnie wyprzedzają i tak aż do Częstochowy. Tam przywitały mnie rozkopane drogi. Jak się wyprowadzałem to były remonty i oczywiście nie pomyślałem, że warto wcześniej sprawdzić objazdy. Chrzanić wymysły drogowców, znam miasto i sobie poradzę. Kilka chwil i stanąłem przed akademikiem. Jakoś tak dziwnie się złożyło, że wielu kolegów i koleżanek się nagle pojawiło. A to ze sklepu wracali, albo gdzieś szli. Wiadomo, narzeczona też się pojawiła. Po siedemnastej. Osiem godzin jazdy... Miało być krócej, ale były przygody, nie spieszyło mi się. To pierwsza moja tak długa trasa. Podoba mi się to! Dupsko boli, w uszach wciąż dudni dźwięk junakowskiego tłumika i pół litra mieszanki paliwowo powietrznej wybuchającej tysiąc sześćset razy na minutę, palce zmęczone trzymaniem kierownicy wesoło tańczącej w czasie jazdy.

GP Żarki

Trochę leżenia i pasuje odstawić sprzęta pod opiekę księdza Marka. Idąc do kościoła (całe dwieście metrów) spotkałem kolegę z dziewczyną. Właśnie wrócili z przejażdżki. Zaproponował traskę: GP Żarki. Tylko co to jest? Dobra, ale później.

Piękna trasaWspaniała droga

No to sprzęt pod kościół. Dosłownie „pod”. Proboszcz, jak zwykle, w dobrym humorze. Chwila rozmowy, włączyły mu się jednośladowe wspomnienia z młodości, ale na rundkę po okolicy nie dał się skusić. Obiadek i z powrotem w drogę. Tym razem już w duecie z Monią. W końcu nie po to wiozłem drugi kask, żeby się marnował. Olsztyn, Janów Złoty Potok. Przystanek. Chicken wyjaśnił, że za chwilę zacznie się świetna trasa. Świetne zakręty, wspaniały asfalt i piękne widoki. Ruszyłem pierwszy. Chicken też chciał skorzystać, więc zrobił sobie odstęp.

Piękna trasaTu druga strona

Trasa niesamowita! Za Złotym Potokiem zaczyna się las i dobry asfalt. Zakręty są świetne. Trochę przeszkadzają drzewa, ale robią też świetny klimat. Można ciąć aż miło. Na jednym z prawych łuków zszedłem do buta i to z pasażerem. Na szczęście szajski Mitas z tyłu wytrzymał przechylenia, chociaż przy mniejszych kątach wcześniej już go zamykałem. Lewy, prawy, znowu lewy. Nie widać co za zakrętem i trzeba szybko działać, ale czuć bezpieczeństwo. Może tylko złudne, ale adrenalina i tak we krwi zaczyna się pojawiać. Są jakieś ograniczenia, tylko dla motocykla wydają się bezsensowne nawet z perspektywy czasu. No, jedno, pod koniec, na sens. Prawy łuk, po lewej kończą się drzewa i jest lekko pod górkę. Tu warto jechać te czterdzieści jak znak pokazuje. I oczywiście kategoryczny zakaz wyprzedzania i opuszczania swojego pasa na zakrętach!

Skończyło się. Znowu przystanek. Kolega musi szybko wracać, bo jest umówiony do kina. Zostajemy sami z Moniką. Z powrotem jedziemy spokojniej. Jest czas zrobić kilka zdjęć. Co prawda komórką, ale zawsze coś, niestety nie wziąłem aparatu z akademika. Trasa za Złotym Potokiem jest mi dobrze znana, więc i nudna. Autobusem, samochodem, teraz motocyklem... ileż można!? No to urozmaicenie: za Olsztynem odbijamy w lewo na Skrajnicę. Raz tędy jechałem i to autobusem w przedostatni dzień mieszkania w Częstochowie. Asfalt wygląda jak uśmiech biedaka – dziury czasem łatane, ale tylko te starsze, z lepszych czasów. Mimo to jest trochę mniej nudnawo, bo nie pamiętam jak jechać, więc jedziemy bardziej na azymut. Odrzykoń i droga na Częstochowę.

Studenckie spanie

Mam ugadane miejsce noclegowe z kolegami, ale jak się uda wejść do „Malucha” to śpię z dziewczynami. Portierzy mnie znają, więc nie ma problemów. Pewnie jeszcze nie wiedzą, że już nie mieszkam w akademiku. Dobra, jestem w środku, ale spanie bezpośrednio na podłodze to słaba opcja. Na szczęście sąsiadki z pokoju obok nie ma na weekendzie. Pożyczam materac i mam przytulne miejsce na podłodze w śpiworze w jednym pokoju z Moniką i Asią. Spanie z soboty na niedzielę wygląda tak samo.

Nie jesteśmy z cukru

Wracając do soboty. Wiatr, deszcz i chmury. Kiepska pogoda, ale może będzie lepiej. Na dwunastą jesteśmy umówieni ze znajomymi w Żarkach-Letnisko, a mżawka nie daje za wygraną. Już jest pora na wyjazd, a tu bez zmian. No dobra, nie jesteśmy z cukru, nie rozpłyniemy się. Ubieramy się i jedziemy. Wyjeżdżamy z Częstochowy i mżawka się kończy. Niestety tylko dlatego, że zmienia się w deszcz. Jedziemy kawałek, ale się nie da. Dzwonię do Jasia i Małgosi i wracamy. Jesteśmy cali przemoczeni. Na szczęście w akademiku na łóżku pod kołdrą, śpiworem i kocem jest na tyle ciepło, że po kilkudziesięciu minutach robi się nam ciepło.

Impreza

Około siedemnastej powinno przestać padać. Przynajmniej tak wynika z prognozy. Wypogodziło się wcześniej. Na szybko ogarniamy sprawę i planowana potrójna impreza urodzinowa się zaczyna. Stanowimy jedyną grupę na, żebym teraz dobrze napisał, „Platzu Gópih Zabaf”. Jest grill, kiełbaski, soki, ludzie przynieśli procenty. Jak na złość nie przepadam za wódką. Muzyka też jest, i z czego! Komórka jako odtwarzacz sprawdza się dobrze, ale głośność trochę mała. Kolega na szczęście trzyma w akademiku megafon. Jeśli myślisz teraz, drogi Czytelniku, o standardowej, ale głośnej ręcznej zabawce to się mylisz. Ten jest wielki. Ze czterdzieści centymetrów średnicy, moc chyba z pięćdziesiąt wat. Drze się niemiłosiernie. Profesjonalny sprzęt na demonstracje! Ok, ale ileż można słuchać nagrań. Trzy sztuki djembe, dwie gitary i jedziemy. Pojawiły się i skrzypce, ale niestety nie zostały użyte. Czas schodzi na gadaniu, graniu i pierdołach. W końcu trzeba iść spać, bo w niedzielę wyjazd.

Próba powrotu

Pobudka, jedzonko i do kościoła. Po Mszy obiad, pakowanie, pożegnanie i w drogę! Tym razem właściwą drogą. Zimno, ale nie poddaję się. W końcu jutro trzeba iść do pracy. Za Olsztynem marznę jak nie wiem co. Za znakiem „Przymiłowice” jest parking. Zatrzymuję się i zakładam wszystkie koszule jakie mam, drugie spodnie i wszystkie trzy pary skarpet. Te cholerne trzy warstwy skóry w butach nie wyschły po wczorajszej wyprawie. Zobaczę jak będzie dalej, ale zaczynam wątpić w sens wyprawy. Proszę mamę o sprawdzenie prognozy na niedzielę i poniedziałek. Jutro ma być lepiej, ale już jestem w trasie. Jadę. Przez jakiś czas jest ok. Będę się zatrzymywał na stacjach i grzał się herbatą. Jest mi coraz zimniej. Znów GP Żarki. Nie mogę sobie odmówić! Pod koniec tej drogi chlapnął deszcz. Teraz jest już bardzo nieprzyjemnie.

Zostało mi dwieście kilometrów do domu, a wracając się w sumie zrobię stówkę. Czyli jakbym przejechał prawie połowę. Tylko ponad drugie tyle by zostało. Pieprzyć to! Co z tego, że dojadę skoro i tak zmarznięty i pewnie już chory. Nie ma sensu kontynuować. Wracam. Monia już szykuje herbatkę. Droga powrotna dłuży się niesamowicie, a trasa ciągle taka sama. Nie robię urozmaiceń, bo będę musiał jechać dłużej. Naklepałem sto kilometrów bez sensu. Przyjemność? Na pewno nie było po niej śladu na co najmniej dziewięćdziesięciu kilometrach, a pozostałe dziesięć było przykryte tylko cieniem tejże przyjemności. Większą radość niż kilometry stanowi ciepły napój i gorący pocałunek ukochanej. W takich chwilach docenia się ciepło herbaty. W sumie nawet cieszy mnie, że tak wyszło. Może nie tylko herbata mnie grzeje? Telefon do szefa. Nie ma problemu z poniedziałkiem. W końcu to normalny człowiek i dobry przyjaciel.

Kolejna noc – kolejny problem

Niezaplanowane spanie z niedzieli na poniedziałek. Robią się schody, bo Kasia wraca i materac już oddany. No, w końcu to akademik i jakieś rozwiązanie musi się znaleźć. Ruszam na łowy. Mój były współlokator ma już kogoś w pokoju, więc nocleg na starych warunkach odpada. Kolejny pomysł to koleżanki z dziewiątego piętra. Jednej nie ma. Udało się pożyczyć materac. Mały problem, bo trzeba przejść koło wind, a tam jest kamera. Może portier nie zauważy, może oleje sprawę. Idę. Udało się. Portierowi nie chciało się interweniować. W końcu weekend i kierownika nie ma. Materac odda Monika wieczorem, żeby się na „władzę” nie natknąć, bo panu Zdzisiowi podoba się zwiedzanie dobrze mu znanego budynku. Są też sprzątaczki.

Do domu vol. 2

Monia zaczyna zajęcia po południu, więc po śniadaniu żegnamy się na spokojnie po raz drugi. Jest znacznie cieplej niż wczoraj. Jedzie się spokojnie. Robię przystanek za Olsztynem, tak jak wczoraj. Zakładam dodatkowe warstwy. Jedzie się dobrze. Jest chłodno, ale nie zimno. Złoty potok, GP Żarki po raz piąty, ale ten leśny odcinek mnie nie nudzi. W Żarkach dziwna sytuacja. Znowu błądzę, bo był znak na 792, a za skrzyżowaniem był jakiś inny numer drogi i zamiast skręcić pojechałem prosto na Myszków licząc na to, że będzie jakaś droga, która mnie zainteresuje.
Niestety dojechałem do Myszkowa. Zatrzymałem się przy cmentarzu żeby zapytać gościa sprzedającego kwiaty i znicze jak jechać. Jak mi zaczął tłumaczyć... W lewo, prosto, do jedynki, dalej na Tychy, potem Kraków... Ta, Tychy i na Kraków. Niby lokalny, a nie wie gdzie Jędrzejów i pyta gdzie jadę. Jak powiedziałem, że Tarnów – Rzeszów to mi zaczął tłumaczyć... Wysłuchałem, podziękowałem i jadę do Żarek. Tam już w tą dziwną drogę. Okazało się, że to właściwy wybór.

Jura

SkałyGóra Zborów

W okolicach Podlesia i Kroczyc widoki robią się przepiękne! Te wspaniałe skały. Droga prosta: góra, dół, góra, dół, a przed sobą wspaniała, biała skała. Coś pięknego. Tyle lat mieszkałem w Częstochowie i nigdy mnie nie wzięło, żeby gdzieś pojeździć. Trzeba było wcześniej przytargać motóra do Częstochowy. Jeszcze jakiś czas jadę w towarzystwie takiego krajobrazu.

Sto złotych

Już mam jeden przystanek za sobą. Światła słabe, bo nie udało mi się dorwać prostownika, a z światła wyłączałem na skrzyżowaniach na czerwonym, żeby mieć kierunkowskazy. Za Jędrzejowem w prawo. Bez problemu poznaję w którą drogę trzeba skręcić. Po paru metrach wyłączam światła, żeby w Busku nie mieć problemów z kierunkami. Przed Imielnem zatrzymuję się przy krzyżu. Czytam napis, zaczyna kropić. Jadę dalej. Światła wyłączone. Długa prosta, górki, nie spieszy mi się. Policjant mnie haltuje. Szlag, a ja bez świateł... Słyszę, że za to wykroczenie grożą jakieś punkty i sto złotych. Jakoś się wybroniłem. Wziął dokumenty i sprawdza. Nuda... Koniec kontroli. Rusza policjant, ruszam i ja, ale w przeciwną stronę. Zakręt w prawo, skrzyżowanie, a na skrzyżowaniu ten sam policjant. Skubaniec patrzy czy włączyłem lampki. Tym razem już jadę na światłach.

Szczęśliwe zakończenie

Pińczów, Busko, Stopnica. Za Stopnicą przystanek na herbatę. Czas mija, a ja się nie spieszę. Chyba pojadę przez Sutków. Podoba mi się ta droga na Radomyśl. Ruszam i jadę jak postanowiłem. W końcu, po siedmiu godzinach docieram do Dębicy znacznie mniej zmęczony niż w piątek.

Bardzo spodobało mi się takie jeżdżenie na dłuższych odcinkach. Szkoda tylko, że paliwo takie drogie, ale to już nie stanieje, chyba, że wejdzie jakiś patent na jazdę na alkoholu, ale to raczej koncerny paliwowe jakoś zduszą. Podsumowując: świetna trasa, fajna przygoda i to uczucie wolności, braku gonitwy za uciekającym czasem. Do powtórzenia za kilka lat.

Na niebiesko planowana trasa tam, na czerwono trasa powrotna.

Pokaż Dębica - Częstochowa na większej mapie

© Copyright 2012-2019 - sr500.pl
Projekt i wykonanie Bartosz Ogrodnik